czwartek, 20 maja 2010

Komisja specjalna





Niczego nie ujmując trzeźwości umysłu pana Johna Kowalskiego i wielu innych komentatorów mojego bloga, omawiających wyniki konferencji prasowej MAK, warto być może pamiętać, że mamy do czynienia z tym samym państwem, które kiedy rosyjscy marynarze umierali wewnątrz leżącego na dnie morza kadłuba atomowego okrętu podwodnego 'Kursk', informowało świat, że wsio w poriadkie, załoga jest żywa, zdrowa, rozmawia z ratownikami, mają ciepło, sucho, tlenu więcej niż wiedzą co z nim zrobić, i czekają tylko na taksówkę do domu, więc żadnej burżujskiej pomocy nie potrzeba. W tym samym czasie, ostatni oficer w lodowatym przedziale rufowym zatopionego okrętu pisał po ciemku list pożegnalny do rodziny. Ciało wydobyli Norwegowie, wiele tygodni póżniej. 

Mógłbym również przypomnieć sukcesy rosyjskiej prokuratury w rozwiązaniu spraw Politkowskiej i Litwinienki, ale po co? Żeby mi surowo przypomniano, że przecież Litwinienko był przeziębiony, więc z własnej kieszeni kupił sobie ilość polonu-210 kosztujacą na wolnym rynku ponad 10 milionów dolarów, żeby dodać do herbaty, bo mu ktoś poradził, że to lepsze na grypę niż koniak, no i padł ofiara wlasnej ignorancji. A Politkowskiej nikt nie zastrzelił, tylko spadła ze schodów. 
No dobra, dosyć makabrycznych żartów, załóżmy ambitnie, że  wszechzwiązkowa komisja  lotnicza ma rację, i zawinił błąd załogi.

Należy zatem uznać, że Rosjanie zaorali miejsce katastrofy spychaczami z pobudek filantropijnych, żeby ładniej wyglądało, polskich lekarzy nie dopuścili do sekcji, aby ich nie stresować, ubrania ofiar kazali spalić, bo były pomięte i nieładne, a czarne skrzynki zabrali, bo taką mają tradycję. 

Wraku Tupolewa Rosjanie nie pozbierali tak dokładnie, jak Brytyjczycy pozbierali dużo większy wrak Boeinga 747 w Lockerbie, ponieważ nie było takiej potrzeby. Od razu przecież było wiadomo, że problem może dotyczyć tylko załogi lub pogody, więc po cholerę kosztownie rekonstruować rozbity samolot.





Za to wszystko należy im się wdzięczność, uścisk na misiaczka i pocałunek w same usta, tak jak namiętnie całował Lońkę Breżniewa Jaruzelski.
Wiadomo było, zanim jeszcze prezydencki Tu-154 wystartował z Warszawy, a może nawet zanim jeszcze go wyprodukowano, że gdyby się, co nie daj Boże, coś złego miało temu samolotowi w Rosji przytrafić, to tylko z powodu załogi, pogody, albo obu tych rzeczy. MAK od początku swojego istnienia nigdy nie wydał innego orzeczenia o przyczynie wypadku lotniczego jak "błąd załogi" albo "trudne warunki atmosferyczne". 

Serdecznie polecam wszystkim opowiadanie SF Stanisława Lema "Profesor Dońda", w którym jest epizod opisujący, jak w zapadłym kraju afrykańskim znika bez wieści lider opozycji. Po czym opozycja twierdzi, że rząd go zjadł, rząd oświadcza że sam się zjadł, uznany ekspert komentuje, że "jak się wygląda smacznie, lepiej nie chodzić nocą po parku", wszyscy się zgadzają, że im mniej się o tym mówi, tym lepiej, i temat po jakimś czasie idzie w odstawkę. Taki sam jest zapewne idealny rosyjski scenariusz reakcji opinii publicznej w Polsce na katastrofę smoleńską.


W poważniejszym duchu, warto przeczytać tutaj:

albo tutaj:
sprawozdanie komisji Burdenki z 1944 roku, która orzekła, że oficerów w Katyniu rozstrzelali Niemcy, między innymi ponieważ pociski znalezione w czaszkach i łuski znalezione obok były produkcji niemieckiej. 

Strategicznie pominięto, że ZSRR zakupił w latach dwudziestych tyle niemieckiej amunicji pistoletowej, że starczyłoby na połowę ludności Moskwy i cały Leningrad, gdyby taka była wola Politbiura.

Niemieckich pistoletów Walter enkawudyści używali z przyczyn BHP. Sowiecka broń krótka nie tylko miała przykry zwyczaj przegrzewać się i zacinać już po kilkudziesięciu egzekucjach, ale także miała większy odrzut, więc funkcjonariusze skarżyli się na ból nadgarstka po dniu pracy. 

Dziś wiemy, że były to objawy RSI, czyli Repetitive Strain Injury, a dbałość o nadgarstki funkcjonariuszy w 1940 roku plasuje NKWD ZSRR w awangardzie wizjonerów bezpieczeństwa i higieny pracy, znacznie wyprzedzających swoją epokę.




Komisja Burdenki miała od początku gotowe orzeczenie, już w samej swojej nazwie: Специальная Комиссия по установлению и расследованию обстоятельств расстрела немецко-фашистскими захватчиками в Катынском лесу военнопленных польских офицеров(Komisja specjalna do spraw ustalenia i opracowania śledczego okoliczności rozstrzelania polskich oficerów-jeńcow wojennych w lesie katyńskim przez niemiecko-faszystowskich agresorów).




Od 1944 roku dokonał się postęp. Sucha nazwaМежгосударственный авиационный комитет(Międzypaństwowy Komitet Lotniczy) treści orzeczeń już nie sugeruje, jakkolwiek strategicznie powstrzymuje się od podkreślenia, że międzypaństwowość komitetu obejmuje wyłącznie 12 państw członkowskich WNP. Gdyby ZSRR istniał nadal, taki komitet nazywałby się po prostu Всесоюзный (wszechzwiązkowy).




No cóż... O co więc nam właściwie chodzi, i dlaczego najeżdżamy na Rosjan? 




Wszak Rosjanie. gdyby tylko chcieli, mogliby powołać speckomisję śledczą, i nazwać ją, powiedzmy, Специальная Комиссия по установлению и расследованию обстоятельств самоубийства президента Республики Польшы путем принуждения экипажа самолёта Ту-154М бортномер 101 к посадке на аэродрому Смоленск-Северный  (Komisja specjalna do spraw ustalenia i opracowania śledczego okoliczności samobójstwa prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej popełnionego drogą zmuszenia załogi samolotu Tu-154M nr boczny 101 do lądowania na lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj). 

Mogli, ale nie zrobili tego. Znaczy szanują nas, i biorą pod uwagę wszystkie możliwe przyczyny katastrofy. Nie ma powodu skarżyć sie, że nie potraktowali Polaków poważnie, a raport napisali pod z góry powzietą decyzję. Powinniśmy być wdzięczni, zamiast szukać dziury w całym.




Że co, że tak nie można nas traktować, że my dumne państwo członkowskie NATO i Unii?

Jakiego NATO? 
Z NATO Polska de facto właśnie wystąpiła na własne życzenie, rzucając się Rosjanom na szyję. 

wtorek, 18 maja 2010

Analiza instrumentalna ostygłej lufy nagana










Tydzień temu (11 maja) napisałem, a dzisiaj powtórzę, o ile ktoś wtedy nie czytał:

Jakiekolwiek przedmioty które bezspornie były w kabinie pasażerskiej Tupolewa w momencie katastrofy + chromatograf gazowy + spektrometr masowy = potencjalny 'smoking gun', potencjalny DOWÓD zamachu, gdyby analiza odkryła na nich ślady substancji, które nie powinny się tam znajdować.

Listę substancji, których należy szukać, z rozkoszą poda każde porządne laboratorium kryminalistyczne Zachodu. Osobiście polecam laboratoria FBI w Quantico. A póki co, to uzyskałem dowód niemal namacalny, że prokuratura mnie czyta, i to uważnie:


 Sąd wojskowy nie zgodził się na żądanie polskich prokuratorów, którzy chcieli, by zniszczono niektóre osobiste rzeczy należące do ofiar katastrofy Tu-154 - dowiedział się portal tvn24.pl. Śledczy uzasadniali, że mogły być one "źródłem zagrożenia dla bezpieczeństwa powszechnego". - Wskazywano na zagrożenie epidemiologiczne - ujawnia rzecznik sądu płk Rafał Korkus. - Ten wniosek to absurd - komentują karniści i inspektorat sanitarny.
Wniosek o wydanie zgody na "zarządzenie zniszczenia" wybranych przedmiotów znalezionych na miejscu katastrofy prezydenckiego samolotu wpłynął do Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie w ubiegłym tygodniu. - Sąd zajął się nim na piątkowym posiedzeniu i wniosek odrzucił - relacjonuje pułkownik Korkus. Jak tłumaczy rzecznik Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie, prokuratorzy prowadzący postępowanie powoływali się na artykuł 232a Kodeksu Postępowania Karnego.


W paragrafie 2. mówi on, że sąd może zarządzić zniszczenie w całości lub w części przedmiotów jeśli byłoby to "połączone z niewspółmiernymi kosztami lub stanowiło źródło zagrożenia dla bezpieczeństwa powszechnego". Właśnie na ten drugi argument wskazywali w swoim wniosku prokuratorzy. - Uznaliśmy, że przesłanki z art. 232a w tym przypadku niezachodzą, pomimo, że do wniosku dołączona była fachowa opinia, która potwierdzała stanowisko o zagrożeniu epidemiologicznym- dodaje pułkownik Korkus.

W ogóle dobrze jest mieć uważnych czytelników i tłumaczy, zwłaszcza za granicą, bo wygląda na to, że i Rosjanie przy pomocy spychaczy poszli za moją radą z dnia 6 maja (zdjęcie wklejone poniżej wykonali kilka dni później na miejscu katastrofy reporterzy "Faktu"):



Ewentualne zaoranie, przekopanie, zabetonowanie, (niepotrzebne skreślić)miejsca katastrofy nie pomoże jako antidotum na ewentualną komisję śledczą za 50 lat. Ślady podejrzanych substancji, jeśli się tam znajdują, bedą wykrywalne spektrometrycznie w praktyce do końca świata. To samo dotyczy ewentualnych ekshumacji ofiar przez pokolenie naszych wnuków. 

Może natomiast pomóc w udaremnieniu przyszłego śledztwa zdjęcie z obszaru katastrofy całej wierzchniej warstwy gruntu, przynajmniej 1 m w głąb i jej wywiezienie w jakieś nieujawnione miejsce.

*      Wszystkim osobom, które nigdy nie miały do czynienia ze współczesną analizą instrumentalną, uprzejmie objaśniam:

Wysiłki wasze, towarzysze, zdadzą się psu na budę. Spektrometria masowa wykaże na szczątkach i rzeczach osobistych ofiar ewentualne mikro- i nanoślady substancji, jakie w żadnym wypadku nie powinny się znajdować w samolocie, nawet po kilkudziesięciu latach, a także niezawodnie odsieje prawdziwe szczątki samolotu od fałszywych. Jedyne, co załatwicie, usiłując zniszczyć ślady, to wzmagający się nacisk społeczny na ekshumację ofiar pod nadzorem międzynarodowym i przeprowadzenie poniewczasie autopsji, także pod międzynarodowym nadzorem. Pamiętamy bowiem, jak niezwykły nacisk kładliście na to, by pod żadnym pozorem nie otwierać zalutowanych trumien. Co w nich jest, że tak wam na tym zależało? Co z wami zrobi społeczeństwo, kiedy się dowie, co w nich jest?


*      Wszystkim osobom prywatnym, prywatnie przechowującym szczątki kabiny pasażerskiej Tu-154M oraz rzeczy osobiste ofiar przywiezione z miejsca katastrofy, z serca radzę:

Dobrze schować, nie rozmawiać o tym, nie chwalić się, czekać. Przyjdzie czas. Na wyjaśnienie pierwszej zbrodni katynskiej przyszło czekać 50 lat.

wtorek, 11 maja 2010

Jako w niebie, tak i na ziemi

W niebie:


Czy nagan było widać z orbity? 

Być może, perhaps, maybe...





Nie wiem. Ale Rosjanie też nie wiedzą.

Ci co wiedzą, czyli amerykańskie agencje NSA i NRO - Narodowa Agencja Bezpieczeństwa i Narodowe Biuro Rozpoznania, nie powiedzą, bo nie po to się prowadzi tajne operacje z użyciem tajnych technologii, żeby o nich publicznie opowiadać.

Ale kto ciekawy, może sobie powyciągać własne wnioski z tego, co każdy może zobaczyć w sieci (po kliknięciu linku, i powtórnym kliknięciu małego zdjęcia które się pokaże, otworzy się duże zdjęcie o wysokiej rozdzielczości.)

5 kwietnia 2009 roku cywilny satelita Worldview-1, będący własnością prywatnej komercjalnej firmy Digital Globe, sfotografował w rozdzielczości 50 cm start północnokoreańskiego pocisku balistycznego Taepodong-2.



https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjPYYjOArS2ouiAeYu_YJX8g5-eOelwIkM2vXxnBcYfCiDPP7xz9XDgkQUWL6zvnsKNKAVrWNaZkO47ad_9XRe1d6dCSD8zIYc6TeQ2BUWrYvV6tv5lBwuPn3od5zQ9xFFB4gtk_b3UMwEK/s1600-h/musudan_ri_coast_april5_2009_dgl.jpg





Dodatkowy dowcip tego zdjęcia polega na tym, że data i godzina startu nowej rakiety to były pilnie strzeżone północnokoreańskie tajemnice państwowe.


 Nie wiadomo i nie będzie wiadomo, jak to zrobiono, ale przypadkowe zsynchronizowanie parametrów orbitalnych satelity z naciśnięciem guzika na północnokoreańskim poligonie rakietowym Musudan-ri jest tak samo prawdopododne, jak czołowe zderzenie nad geometrycznym środkiem mauzoleum Lenina dwóch much wypuszczonych jednocześnie na przeciwnych końcach Moskwy.

Jeśli taki numer można wykonać przu użyciu prywatnego, komercjalnego satelity, to znaczy że Rosjanie nie mogą być pewni kto i co z orbity widział w Smoleńsku z satelitów o dwie generacje lepszych. Nawet jeśli drogą obserwacji odpowiednie wojska rosyjskie ustaliły orbity satelitów jakie nad nimi latają, i wiedzą, co i kiedy należy chować pod dachem, to w tym konkretnym przypadku nic im z tego nie przyszło. Jeśli kalkulacja czasu odgrywała w Smoleńsku jakąś rolę, to się rypła, ponieważ prezydencki samolot się spóźnił.

O ile Amerykanie mają zdjęcia satelitarne smoleńskiego lotniska wykonane krótko przed i krótko po wypadku, to wiedzą wszystko, czego my nie wiemy - co się stało z kabiną pilotów, gdzie zgubiło się 15-20 minut pomiedzy uderzeniem samolotu o ziemię a uruchomieniem syreny, czy na miejscu wypadku byli w ciagu tych minut ludzie lub pojazdy, których tam nie powinno być, co się zmieniło po wypadku w konfiguracji urządzeń nawigacyjnych etc.

Jeśli amerykańscy analitycy wyciągnęli ze zdjęć wnioski podobne do tych,jakie nam się nasuwają (tyle, że my nie mamy i nie będziemy mieli ani takich zdjęć, ani innych dowodów), to całkiem innego wymiaru być może, perhaps, maybe nabiera nieobecność Obamy tak w Krakowie 18 kwietnia, jak i w Moskwie 9 maja. Tylko się proszę od razu nie napalać, bo jest jeszcze kilka innych możliwości interpretacji...

Ale być może, perhaps, maybe Obama po tym, czego sie dowiedział od swoich fachowców, nie ma ochoty do końca życia oglądać zdjęć, na których wylewnie ściska rękę Miedwiediewa po 10 kwietnia 2010 r.?

Albo nie ma ochoty, by takie zdjęcia weszły z czasem do podręczników i były zawsze umieszczane pomiędzy zdjęciami uśmiechniętego Mołotowa z uśmiechniętym Ribbentroppem w Moskwie i zdjęciami uśmiechniętego Chamberlaina na lotnisku po powrocie z Monachium?




A tymczasem na ziemi:


Tabloid na miejscu katastrofy


Starczyło im pomyślunku by tam pójść, ale nie starczyło by rozumieć na co patrzą.








Czy banda idiotów z "Faktu" rozumie, że te trzy fanty (lub jakiekolwiek inne przedmioty które bezspornie były w kabinie pasażerskiej) + chromatograf gazowy + spektrometr masowy = potencjalny 'smoking gun', potencjalny DOWÓD zamachu, gdyby analiza odkryła na nich ślady substancji, które nie powinny się tam znajdować?!


Przy okazji:

Między zdjęciami "Faktu" jest i takie, na którym widać odciski gąsienic spychacza, którym zdarto z miejsca katastrofy warstwę gruntu. Ze zdjęciem  70-100cm gruntu chodzi o to, że teraz analiza chromatograficzna próbek gruntu niewiele już znajdzie. Stąd ważność przedmiotow które bezspornie pochodzą z kabiny pasażerskiej - tj. raczej tych przywiezionych przez najwcześniejszych zwiedzających miejsce katastrofy. Ditto odzież ofiar, którą nie bez związku z tym Rosjanie chcieli koniecznie palić, podsuwając rodzinom do podpisu upoważnienia. 

Poza tym, uprzejmie proszę o przyznanie mi tytułu Proroka, ze stosownym uposażeniem, poniewaz pięć dni temu, dwa dni przed wykonaniem zdjęć przez dziennikarzy z "Faktu" napisałem:



...Może natomiast pomóc w udaremnieniu przyszłego śledztwa zdjęcie z obszaru katastrofy całej wierzchniej warstwy gruntu, przynajmniej 1 m w głąb, i jej wywiezienie w jakieś nieujawnione miejsce....