
Samolot polskiego prezydenta stoi, bo rosyjski system łączności satelitarnej zakłóca mu elektronikę nawigacyjną? Śmiechu kupa. Urządzenia łączności satelitarnej ma od wielu lat na pokładzie, jako seryjne wyposażenie, każdy współczesny duży samolot pasażerski. Jakoś nikomu poza Polakami te urządzenia nie zakłócają wyposażenia nawigacyjnego.
Jest również głęboko fascynujące, że nikt w Polsce nie widzi sprzeczności między tym, że państwo NATO bez oporów daje prezydencki samolot do serwisu rosyjskiej firmie, a tym, że to samo państwo jednocześnie oczekuje poważnego traktowania przez sojuszników i dopuszczenia do tajemnic sojuszu.
Wszystko jedno, do cholery, czy ten samolot serwisuje rosyjska firma prywatna czy półpaństwowa. W jednym i drugim wypadku taka firma, jako własność lub przedmiot zarządzania przez lojalnych i patriotycznych obywateli Federacji Rosyjskiej, bez dyskusji założy do samolotu, co im tylko Служба специальной связи и информации przyniesie. Potem będą po prostu siedzieć cicho. Na ewentualne pytanie wprost; 'szto eto takoje?', odpowiedzą z dumą: - 'najnowocześniejsza łączność satelitarna.' To będzie zresztą całkowicie zgodne z prawdą, bo i nowoczesna, i satelitarna.
Natomiast siedzieć cicho bedą, powiedzmy, na temat z kim jeszcze ta łączność łączy oprócz tych, z którymi prezydent lub premier chcą rozmawiać. Albo, że sygnał idzie wyłącznie lub po części przez satelity serii "Mołnia". Albo, że trzech klawiszy na podmoskiewskiej klawiaturze wystarczy, żeby każde zero i jedynka wysyłane z pokładu polskiego Air Force One zapisywały się na podmoskiewskim twardym dysku, żeby je potem można było w spokoju i bez pośpiechu rozkodować. Albo czterech klawiszy, żeby te zera i jedynki szły z samolotu na podmoskiewski dysk od razu otwartym tekstem, choćby szyfrantowi na pokładzie Tu-154M wydawało się inaczej.
Terminal spec-łączności satelitarnej dla VIPów różni się od komercjalnego, przez jaki załoga B747-400 na podejściu do Bangkoku rozmawia z siedzibą firmy w Londynie albo Nowym Jorku, w zasadzie tylko dodatkowym blokiem kodera-dekodera i lepszą obudową, zabezpieczoną przed ulotami. Ani jedno, ani drugie nie ma nic wspólnego z interakcją z inną elektroniką pokładową. A zatem, jeśli świeżo założona w Rosji samaja krasiwaja aparatura zakłóca nawigację, to być może robactwo jest w software, i nie da się go wymontować śrubokrętem, żeby obejrzeć?
Może sygnał idzie w antenę nie tylko wtedy, kiedy powinien? Albo z inną charakterystyką sygnału, niż powinien? Może aparatura może się łączyć bez wiedzy operatora z nieprzewidzianymi w instrukcji obsługi satelitami, przypadkowo rosyjskimi? Albo jest zintegrowana, na przykład, z siecią pluskiew na pokładzie, o których właściciele samolotu nie wiedzą, i służy do ich zdalnego włączania i wyłączania oraz downloads zawartości pamięci systemu podsłuchowego? Bo, wicie, rozumicie. integrację robiono w pośpiechu, w poniedziałek rano, no i technik Sierioża, skacowany po weekendzie, przez pomyłkę poprowadził jakiś kabel nie tam, którędy powinien iść, albo wziął zwykły kabel zamiast ekranowanego…
A może by tak mały praktyczny eksperyment? Wynająć na rok na potrzeby prezydenta i premiera Boeinga 737 BBJ, czyli Boeing Business Jet, od prywatnej szwajcarskiej firmy czarterowej obsługującej wyłącznie VIPów (jest takich skolko ugodno). Dry lease, czyli sam samolot, bez załogi i obsługi naziemnej. Niech kosztuje ile chce. Pod warunkiem, że podczas negocjacji nie będzie się mówiło, kto będzie nim latał, samolot wybierze się losowo z kilku posiadanych przez firmę, i natychmiast zabierze do Warszawy, żeby nie bylo czasu go dopluskwić. Potem tylko usiąść i patrzeć pilnie, co się będzie działo, jak na paru miroljubiwych czyli kochających pokój ekranach pod Moskwą pokaże się napis 'NO SIGNAL'.
A na razie, na krótszą metę, sposób na obniżenie wysokich kosztów eksploatacyjnych prezydenckiego samolotu, na które słusznie psioczą podatnicy. Na kadłubie wymalować emblemat według powyższego wzoru. W mediach nic nie mowić. Rachunki za reklamę wysyłać sponsorowi pocztą co miesiąc, adresując zwięźle: Спецсвязь России, г. Москва. Dojdą niezawodnie.
wtorek, 25 marca 2008
Rozmowa sponsorowana
środa, 19 marca 2008
Trzecia flaga w tle: lawendowo-zielona
![]()
Jednopłciowe małżeństwa homoseksualistów ani mnie ziębią, ani grzeją. Komponent seksualny orędzia pana prezydenta interesuje mnie zatem akurat tak samo jak zoofilia, czyli ewentualne spółkowanie damy z obrazu Leonarda da Vinci z gronostajem, czyli w ogóle.
Ale mam za to nadzieję, że panowie Brendan Fay i Thomas Moulton zamieszkali w dzielnicy Astoria, gmina Queens, stan Nowy Jork, nie ograniczą się do wizyty za rzeką, czyli w Konsulacie Generalnym RP na Manhattanie, gdzie zresztą i tak nikt nic sensownego im nie powie. Wizyta w nowojorskim konsulacie RP jest o tyle bez sensu, że w tej placówce nikt nic nie wie i nigdy nie wiedział, o czym dobrze wie każdy Polak, który kiedykolwiek miał tam coś do załatwienia.
Mam nadzieję, że zamiast wisieć u konsularnej klamki, panowie F. i M. wezmą sobie dobrego amerykańskiego adwokata z dobrej międzynarodowej kancelarii z filią w Warszawie, i puszczą pana Jacka Kurskiego w skarpetkach za nieuprawnione użycie wizerunku z intencją zniesławienia i ośmieszenia. W miarę możliwości w nowojorskim sądzie, bo w warszawskim prędzej się doczekają potomstwa ze swego związku, niż werdyktu.
Pana Lecha Kaczyńskiego w skarpetkach nie puszczą, ponieważ jako Prezydent RP, p. Kaczyński cieszy się tzw. suwerennym immunitetem głowy państwa, i może mówić co zechce. A szkoda, bo z pożytkiem dla stanu cywilizacyjnego RP byłoby ustanowienie w sądach amerykańskich precedensu, w myśl którego Rzeczpospolita Polska nie jest właścicielem każdego słowa i wizerunku na świecie, jakie tylko jej propagandziści zechcą sobie przywłaszczyć, by potem wycierać sobie nimi gębę w toku przepychanek wewnętrznych w polskim kotle.
Istnieje niemniej także inne, ciekawsze wytłumaczenie całej hecy.
Mianowicie scenariusz 'zaraza w Grenadzie'. Otóż, czy można całkowicie wykluczyć możliwość, że pan Jacek Kurski,dobrze wiedząc co robi, koncertowo podpuścił pana Lecha Kaczyńskiego przy pomocy implantacji śmierdziela w orędziu?
Pięć minut przed komputerem, zainwestowane zanim jeszcze p. Kaczyński w ogóle wiedział, że przemówi w telewizji, ustaliłoby bez kłopotu, że p. Fay, ten niższy z dwóch gentlemanów na weselnym filmie, jest powszechnie znanym w USA i Kanadzie aktywistą LGBT (Lesbian / Gay / Bisexual / Transgender), szczególnie aktywnym w kwestii małżeństw homoseksualnych. Jego ślub cywilny z p. Moultonem, hematologiem-onkologiem pediatrycznym z Nowego Jorku, odbył się 27 lipca 2003 r. w Kanadzie, w parku publicznym St. James Park w Toronto. Uśmiechnięty celebrant w szacie z czerwono-niebieskim żabotem, to sędzia sądu rodzinnego w Toronto, pan Harvey Brownstone, odziany w swoją oficjalną togę sędziowską. Świadkami byli pp. Edward DeBonis and Vincent Maniscalco.
Kto umie się porządnie posługiwać internetem, mógł w ciągu tych samych pięciu minut ustalić bez kłopotu, że p. Fay jest aktywistą stowarzyszenia katolików-homoseksualistów Dignity New York; firmował był przez dłuższy czas witrynę internetową organizacji Civil Marriage Trail, zajmujacej sie promocją kanadyjskich małżeństw homoseksualnych; jest założycielem organizacji Lawendowo-Zielony Sojusz, zajmującej się promocją praw homoseksualistów pochodzenia irlandzkiego w Nowym Jorku, a w szczególności ich prawa do przemarszu w zorganizowanej grupie przed nowojorską katedrą katolicką (i kardynałem arcybiskupem diecezji nowojorskiej) w dorocznej paradzie ulicznej organizowanej z okazji dnia św. Patryka, patrona Irlandii, na reprezentacyjnej Piątej Alei .
Kto posiada umiejętność czytania po angielsku ze zrozumieniem, mógłby się nawet w ciągu (ciągle tych samych) pięciu minut dokopać do informacji, że p. Fay być może miał w tej walce także i pewien osobisty interes. Pan Fay jest mianowicie obywatelem Irlandii, i jako taki walczył z amerykańskimi władzami imigracyjnymi, które niespecjalnie chciały mu przyznać pobyt stały w USA na gruncie jego kanadyjskiego ślubu cywilnego z panem Moultonem, obywatelem amerykańskim.
Ponieważ p. Fay opublikował w wielu miejscach internetu swój numer telefonu, wystarczyło zadzwonić do niego zaraz po zakończeniu orędzia pana Kaczyńskiego, i wskazać mu adres You Tube, pod którym mógł sobie obejrzeć wysokiej jakości film pokazujący prezydenta suwerennego państwa europejskiego otrząsajacego się z obrzydzeniem nad jego weselnym filmikiem. Dalej poszlo samo.
I już mamy fakt medialny.
Szanse, że prezydent się w porę połapie w materii śmierdziela wmontowanego do orędzia, były żadne. Jak powszechnie wiadomo, prezydent ani nie zna angielskiego, ani nie potrafi się posługiwać komputerem, nie wspominając o internecie. Ryzyka więc praktycznie żadnego nie było.
Ale dlaczego przestać teraz? Jak się bawić, to sie bawić!
OK, powiedzmy że panu Kurskiemu się udało. Natychmiastowy publiczny protest p. Fay i wystawienie się polskiej prezydentury na publiczne pośmiewisko były tak samo pewne jak to, że granat ręczny po wyciągnięciu zawleczki eksploduje. Pan Kurski naturalnie powie, że o niczym nie wiedział, a taśma była z archiwum TVP i miała niewyraźnie nabazgraną etykietkę, ale co ma powiedzieć?
Prezydent ma w ręku pewne atuty, którymi może się odgryźć. Niech na przykład ogłosi, że w świetle obrazy boskiej, jaką stanowi dopuszczalność cywilnych ślubów homoseksualistów w Kanadzie, Polska z oburzeniem odrzuca niedawną kanadyjską inicjatywę zniesienia wiz dla obywateli polskich. Polska nie może bowiem Polaków wystawiać na działanie kanadyjskiej zgnilizny moralnej, musi pozostać czysta. Przy okazji, odrzucenie zniesienia wiz kanadyjskich rykoszetem trafi nielubianego przez prezydenta ministra Sikorskiego.
http://andrejkoymasky.com/liv/fam/biof1/fay1.html
http://www.lavenderandgreen.com/loveandmarriagecanada.html
http://www.gothamgazette.com/article/civilrights/20080314/3/2463/
wtorek, 18 marca 2008
Komunikat dla hotelarstwa
Niniejszym uprzejmie zawiadamiam PT Międzynarodowe Koncerny Hotelowe, że zbojkotuję każdy hotel, który wynajmie pokój lub apartament p. Radosławowi Tomaszowi Sikorskiemu, s. Jana i Teresy z d. Paszkiewicz, ur. 23 lutego 1963 r. w Bydgoszczy, zam. Dwór Chobielin, 89-100 Nakło n/Notecią, woj. kujawsko-pomorskie; adr. pocztowy 00-583 Warszawa, Al. Ujazdowskie 1/3, Polska.*
Zawiadomienie moje uzasadniam następująco:
Gdy będąc w podróży wynajmuję pokój hotelowy, czynię to w celu niezakłóconego jego użycia. W hotelu sypiam i jadam, niekiedy również pracuję. Płacę hotelowi za to, aby zapewnił mi godziwe warunki do wszystkich tych czynności. Od kierownictwa, obsługi i ochrony hotelu, w którym sie zatrzymuję, oczekuję posiadania odpowiednich kwalifikacji i umiejętności hotelarskich, włącznie z umiejetnością dyskretnego, taktownego i skutecznego radzenia sobie z gośćmi hotelowymi wywołującymi awantury, niezależnie od ich rzeczywistego lub domniemanego statusu VIP.
Sprawdziwszy gdzie należy, odnotowuję, że Unia Europejska ma 23 języki oficjalne: Български, Čeština, Dansk, Deutsch, Eesti, Elinika, English, Español, Français, Gaeilge, Italiano, Latviesu valoda, Lietuviu kalba, Magyar, Malti, Nederlands, Polski, Português, Română, Slovenčina, Slovenščina, Suomi, Svenska.
Jeżeli ktokolwiek ma skłonność do obrażania się na hotele w Brukseli lub gdziekolwiek indziej za to, że nie zapewniają gościom prasy, radia i telewizji w dwudziestu trzech językach, to powinien zatrzymywać się wyłącznie w hotelach najwyższej klasy (sześć lub więcej gwiazdek), które na życzenie gościa i za odpowiednią opłatą mogą mu dostarczyć do pokoju nie tylko świeżą Gazetę Wyborczą, Helsingin Sanomat albo Latvijas Vestnesis, ale także żywego wielbłąda, marokański zespół pieśni i tańca, lub świeże jaja gęsie. Bądź też powinien programowo unikać wizyt w krajach, w których standard usług hotelarskich kształtuje się poniżej jego oczekiwań.
* według Who is Who in Polen, wyd. Who is Who, Verlag für Personenenzyklopädien AG, Zug, Szwajcaria, 2005 i 2007
http://www.zw.com.pl/artykul/231270.html
Walka Sikorskiego o polskie media
mk 17-03-2008, ostatnia aktualizacja 17-03-2008 11:11
Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski postanowił wesprzeć polskie media. Od pewnego czasu wysyła on listy z groźbami, że zbojkotuje hotele, które nie będą nadawać polskich programów w pokojach hotelowych.
Zaczęło się od podróży do Brukseli miesiąc temu. Minister nie mógł kupić żadnej polskiej gazety, a w pokoju nie było ani jednego programu telewizyjnego, czy radiowego w języku polskim. Napisał wówczas list do dyrekcji hotelu, grożąc, że polskie delegacje państwowe będą bojkotować tę sieć hoteli, jeśli język polski nie będzie tam traktowany równo z innymi - pisze RMF FM.
Po tej interwencji w hotelu pojawiły się polskie gazety i programy telewizyjne.
Źródło : Rmf.Fm
|