poniedziałek, 2 kwietnia 2007

Emigracja, demagogia i bezinteresowna wredność

W Temacie Maci - wtemaciemaci.salon24.pl

2007-04-02, 13:28:54
W blogu  http://scriboergosum.salon24.pl , wpis "Emigracja i demagogia", autor zastanawia się nad przyczynami polskiej schizofrenii, kiedy to najpierw się całe lata negocjowało, żeby Polacy mogli pracować w Unii, a teraz się chórem narzeka, że Polacy pracują w Unii.

Narzeka się w Polsce i niekiedy surowo potępia fakt, że niektórzy Polacy pracują w Unii, i jest im z tego za dobrze, zamiast się poświęcić dla sprawy, jaka by ona nie była, i "na dnie z honorem lec" w Ojczyźnie.

 Autor podaje sensowną i racjonalną odpowiedź, że w 17 lat po upadku komunizmu z jego księżycową ekonomikąi centralnym planowaniem, siłą rzeczy zarobki w Polsce nie mogą być takie same, jak w najbogatszych krajach świata. Zaś państwo nie ma żadnego rogu obfitości, aby z niego każdemu wyrównać jego polskie zarobki do szwajcarskiego standardu, żeby nie odczuwał w Polsce cen, które w wielu wypadkach przekraczają szwajcarskie. W związku z czym nie ma nic haniebnego ani negatywnego w tym, że Polacy jeżdżą pracować gdzie indziej. 

Zupełna zgoda. Ale to tylko pół odpowiedzi, bo istnieje jeszcze jeden - rzadko dyskutowany - element tego równania, czyli paradygmat bezinteresownej polskiej wredności.

Wredności na tle, że komuś jest za dobrze. Jako emigrant osiadły na Zachodzie przez już ponad połowę życia, stawiam dolary lub euro przeciwko wielkanocnym wydmuszkom, że niezależnie od kwestii płac, cen i podatków w Polsce, nie co innego jak ta bezinteresowna wzajemna wredność doprowadzi w końcu do trwałej emigracji z RP milionów młodych Polaków, i żaden rząd RP nic na to nie poradzi, chyba że zaminuje granice i unieważni wszystkie paszporty. A i wtedy niekoniecznie. 

Jednym z zasadniczych elementów tzw. "polskiego kotła" jest bezinteresowna wzajemna złośliwość Polaków, według schematu, że jeśli komuś jest źle, to wszystkim dookoła ma być tak samo źle. Ile razy bada sie w Polsce opinię publiczną na temat systemu podatkowego, tyle razy znajduje się dużą grupę respondentów, którzy uważają, że sprawiedliwie jest dopiero wtedy, kiedy wszystkim po zapłaceniu podatków zostaje w ręku mniej więcej tyle samo, czyli wtedy, kiedy następuje przymusowa urawniłowka w dół. 

Ślepa nienawiść roszczeniowej klasy płaskogłowych, którym nic się nie opłaca, poza siedzeniem na rzyci i czekaniem na mitycznych "onych" (bo "oni" mają dawać) kieruje się w Polsce na każdego, kto cokolwiek aktywnie robi, by poprawić los swój i rodziny. A specjalnie na każdego, kto z tego powodu z Polski wyjeżdża. 

Wystarczy poczytać polskie fora w sieci, na których nieprzerwanie  tryska fontanna gnojówki pompowanej na tych, którzy wyjechali,  przez tych, którzy nie mają najmniejszego zamiaru gdziekolwiek się ruszyć, ani nic konstruktywnego ze sobą zrobić. Wolą poczekać, aż nastanie nirwana, w której Polak bedzie leżał pod gruszką, jadł salceson, popijał śmietaną i narzekał od rana do wieczora, że salceson za tłusty, a śmietana nie dosyć. Płacić za tą nirwanę naturalnie będą "oni", albo podatki od emigrantów zarobkowych, albo w ogóle ktokolwiek, tylko nie konsumenci salcesonu. 

Z dwóch powodów - "polskiego kotła" i powszechnie znanego wdzięku i życzliwości ponad 600 000 polskich urzędników -  wielu młodych Polaków, którzy wyjechali z Polski,  początkowo za chlebem - już nie wróci. Zwłaszcza, kiedy się zapoznają, z pierwszej ręki, z normalnie funkcjonującym społeczeństwem, w którym mało kto ma potrzebę włazić na głowę bliźniemu swemu, żeby go stamtąd pouczać, co powinien robić ze swoim życiem. Oraz z normalnym państwem, które nie odczuwa potrzeby ręcznego sterowania wszystkim i bezustannego włażenia na głowę obywatelowi, by ten ani na chwilę nie zapomniał kto nim rządzi i czyje na wierzchu. ?

Jak ktoś posiedzi rok czy dwa w Wielkiej Brytanii i zobaczy, że tam jest niewiele spraw, których nie da się załatwić pocztą albo przez telefon, wielu obywateli nie było osobiście w żadnym urzędzie od wielu lat, a państwo sie jakoś od tego nie rozlatuje, to często zaczyna mu świtać, że oprócz polskiego kotła są jeszcze inne modele państwa. O dwie godziny lotu od Warszawy można żyć w innym świecie, z dala od agresywnego, konfrontacyjnego, wiecznie zrzędzącego, wiecznie niezadowolonego, wiecznie muszącego przy czymś obsesyjnie dłubać, polskiego państwa etatyzmu autorytarnego. 

Przekleństwem Polski jest domaganie się przez jej polityków, by w państwie było coraz więcej państwa. Przekleństwem jest, gdy słowo "państwowiec" jest wśród polityków komplementem zamiast obelgą. Przekleństwem jest, gdy zespoły ekspertów pracują dzień  i noc, obmyślając,  jak by tu jeszcze głębiej wpakować państwowy kciuk do każdej prywatnej zupy.

Normalne i zdrowe zjawisko emigracji zarobkowej, które poprawia mobilność społeczeństwa i jego zdolność radzenia sobie ze zmianami, i nad którym nikt inny na świecie tak koszuli nie drze, jak Polacy, jest korzystne dla Polski. Nie tylko z tego powodu, że część pieniędzy wraca do kraju. Również dlatego, że nieobecnym nie trzeba nic świadczyć. 

Dwa miliony emigrantów, których w kraju nie ma, nie obciążają polskiej służby zdrowia, policji, transportu, energetyki, szkolnictwa, budownictwa mieszkaniowego etc. Już z samych tylko tych oszczędności można by np. zacząć płacić lekarzom według rzeczywistej wartości ich pracy, albo przestać pobierać od nich podatek dochodowy, hamując w ten sposób drenaż kadr służby zdrowia. 

Ale to się nie stanie, bo etatyzm autorytarny tak ma, że stoi na przymuszaniu. Gdy go przyprzeć do ściany, odruchowo sięga po grubą pałę przymusu państwowego i zaczyna walić na oślep. 

Cała dotychczasowa odpowiedź państwa na emigrację lekarzy to nie jest zastanawianie się, skąd wziać pieniądze, by tak im płacić, żeby emigracja stala się mało atrakcyjna finansowo. Zamiast tego, państwo, które jest über alles, knuje jakby tu przywiązać administracyjnie lub finansowo krnąbrnego medycznego chłopa do ziemi, zakazać mu wyjazdów, nakazać odpracowanie, i w ogóle wymyślić nowoczesny model nakazowo-zakazowy państwowej pańszczyzny za 1500 złotych netto miesięcznie. To się mogło udać za PRL, ale dziś już się nie uda, przede wszystkim ze względu na lepszy obieg informacji.

Dwóch milionów ludzi w Polsce nie ma, są gdzie indziej. Obciążają infrastrukturę i administrację innych państw, odciążając tym samym polską. Ale dotacje z Brukseli przecież dalej się na te osoby w Polsce bierze, nieprawdaż?

Nie ma w Polsce również około miliona emigrantów z lat 1980-89 (dane IPN), dawno zintegrowanych na Zachodzie i w znakomitej większosci dawno naturalizowanych w krajach stałego zamieszkania, ale nigdy nie wykreślonych z polskiej ewidencji ludności.  Na nich także Rzeczpospolita pobiera z Unii miliardy euro. 

W tym szaleństwie jest metoda. Polska, która oficjalnie podaje wszystkim, z Eurostatem na czele, że ma 38.6 miliona ludności, moze jej mieć efektywnie i faktycznie niecałe 36 milionów. Załóżmy sobie, powiedzmy, dwa i pół miliona nieobecnych. Kto na zawsze, kto średnioterminowo (1-5 lat). Wszyscy dalej wpisani do PESELU i liczeni przez MSWiA i GUS jako obecni. 

Pomnóżmy te 2.5 mln przez, powiedzmy, symboliczne sto euro na głowę rocznie w dotacjach unijnych... Nawet po skromnej stówie na głowę - wychodzi  250 milionów euro rocznie ekstra, prawie miliard złotych. Żywa gotówka za nic. 

Ilu można by za to zatrudnić lekarzy? Otóż, gdyby tym lekarzom płacić zasadniczą pensję w wysokości 2000 euro (ponad 7500 PLN) miesięcznie, czyli 24 000 euro (ponad 90 000 PLN) rocznie, to pobieranej na 'martwe dusze' unijnej kasy wystarczyłoby na zatrudnienie na tych warunkach ponad 10 i pół tysiąca lekarzy, dwukrotnie więcej, niż wyjechało.  Albo można by ze środy na piątek podnieść pobory każdemu z ok. 65 000 lekarzy zatrudnionych w państwowej służbie zdrowia o 1250 złotych miesiecznie, 15 tysięcy złotych rocznie. 

Natomiast co się naprawdę dzieje z unijnymi funduszami pobieranymi przez Polskę na nieobecnych, tj. od zawyżonej podstawy, dobry Bóg raczy wiedzieć. 

I jeszcze jedno: ilu młodych Polaków wyemigruje z Polski na zawsze pod wpływem rzucanych ostatnio mrocznych pogróżek MON, że za uchylanie sie od wojska jest trzy lata więzienia, a poborowych zawsze można zatrzymać na granicy?

Po pierwsze, na jakiej granicy? Groźby MON są bez pokrycia. Za siedem miesięcy, 28 października 2007 r., po wejściu Polski do strefy Schengen, musi zniknąć polska kontrola wjazdowa i wyjazdowa na granicach z Niemcami, Republiką Czeską, Litwą  i Słowacją  Za siedem miesięcy z definicji nie będzie tam, i nie może być, żadnej granicy, na której możnaby kogokolwiek legitymować albo zatrzymywać.  Życzę powodzenia przy próbach ekstradycji polskich poborowych z Wielkiej Brytanii, gdzie nie ma obowiązkowej służby wojskowej, a tym samym nie ma przestępstwa uchylania się od niej.

Po drugie, jeśli z młodzieży w wieku poborowym MON będzie dla chwały polskiego oręża robił przestępców, to ta młodzież będzie emigrować na zawsze, ponieważ w Polsce przedawnienie zbrodni uchylania się od wojska NIE BIEGNIE podczas tzw. "samowolnego pobytu sprawcy za granicą". Morderstwo, gwałt, podpalenie i zdrada stanu przedawniają się w Polsce po maximum 20 latach. Uchylanie się od służby wojskowej poprzez wyjazd za granicę nie przedawnia się nigdy. Zgodnie z mało znanymi i niezmienionymi od czasów PRL postanowieniami ustawy o powszechnym obowiązku obrony, "samowolny" jest pobyt za granicą każdego mężczyzny w wieku 18-60 lat, który przed wyjazdem nie zapytał WKU, czy może się uchylić od służby wojskowej, i co WKU na to.


 

 
komentarze (35)

środa, 28 marca 2007

Martwy bard opozycji kontra półpiśmienny establishment urzędowy

Szalenie mi przykro, ale historia 19-letniej Patrycji Wolny, córki Jacka Kaczmarskiego, która jakoby nie ma obywatelstwa polskiego i obawia się deportacji z Polski, całkiem nie trzyma się kupy. 

**********

http://interwencja.interia.pl/wczoraj/news?inf=887582

 

"Gdy miała kilka lat. jej mama zrzekła sie obywatelstwa w 1992 roku w konsulacie polskim w Monachium. Automatycznie obywatelstwo polskie utraciła wtedy też Patrycja. Kobiety wyemigrowały wraz z Jackiem Kaczmarskim do Australii. Dziś Patrycja oficjalnie nosi nazwisko po matce - Wolny."

"Do 18 roku życia nie wiedziałam, że nie mam polskiego obywatelstwa. Miałam polski paszport, ktory był ważny do 2002 r..
  Nie miałam pojęcia, że matka zrzekła się obywatelstwa, także w moim imieniu  - mówi Patrycja Kaczmarska."

 

********** 

Rok 1992 rok to jest okres, kiedy (obowiązująca do dziś) gomułkowska ustawa o obywatelstwie polskim z dnia 15 lutego 1962 roku nie miała jeszcze większości poprawek, wprowadzonych do niej później, jak też i przejściowy okres konstytucyjny, przed uchwaleniem Konstytucji RP z 1997 roku. 

Niemniej, tak czy owak, obywatelstwa polskiego - w 1992 roku, przedtem, potem, ani w ogóle
  NIGDY nie można się było skutecznie zrzec mocą lokalnej decyzji urzędnika w polskim konsulacie. ZAWSZE musiała być na ten temat decyzja na piśmie z Warszawy, w sprawie zgody na zrzeczenie się obywatelstwa polskiego wyrażonej przez państwo, jaka jest konieczną przesłanką skuteczności prawnej utraty obywatelstwa polskiego.

 Istnieje cała sterta orzecznictwa najwyższych sądów w państwie:

wyrok Sądu Najwyższego z dn. 17 września 2001 r.,
sygnatura III RN 56/01,

dwa wyroki Naczelnego Sądu Administracyjnego z dn. 27 października 2005 r.,
sygnatury II OSK 1001/05
  i II OSK 965/05,

wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z dn. 14 października 2005 r.,
sygnatura II OSK 267/05

w myśl wyroków SN i NSA, zgoda na zrzeczenie sie obywatelstwa polskiego jako przesłanka utraty obywatelstwa polskiego na podstawie ustawy z dnia 15 lutego 1962 r. o obywatelstwie polskim (Dz.U. nr 10 poz. 49 ze zm., tekst jednolity Dz.U. 2000 nr 28 poz. 353 ze zm.) musi mieć charakter aktu indywidualnego i skierowanego do określonego adresata.

 Kopię takiej indywidualnej  decyzji w sprawie Ewy Wolny, matki Patrycji, Warszawa albo ma, albo nie ma. 

Jeśli ma, to kopia może znajdować sie w archiwum Kancelarii Prezydenta RP, w archiwum MSZ, w archiwum dawnego Departamentu Obywatelstwa MSWiA, albo w archiwum Urzędu Repatriacji i Cudzoziemców, który przejął ten zakres kompetencji od MSWiA. Jeśli Warszawa ma taką kopię, to niech pokaże. Jeśli nie ma, to niech się od... od Patrycji Wolny/Kaczmarskiej i wyda jej paszport polski, bo establishment urzędowy nie ma żadnych szans na udowodnienie, że panna  nie jest obywatelką polską.

Na zrzeczenie się obywatelstwa polskiego zawsze trzeba było w Polsce mieć formalną  zgodę - do 1989 roku od Rady Państwa, a po 1989 roku od Prezydenta RP. Jeśli takiej zgody udzielono, to wydawano imienną decyzję na piśmie, że wnioskodawca (i jego małoletnie dzieci objęte wnioskiem) utracił obywatelstwo polskie od podanej w decyzji daty. Jeżeli Ewa Wolny zrzekła się obywatelstwa polskiego w 1992 roku w imieniu własnym i małoletniej córki, a córka dziś twierdzi, że nic o tym nie wie, i chce dostać potwierdzenie obywatelstwa polskiego i polski paszport, to ciężar dowodu spoczywa nie na Patrycji, tylko na Warszawie.

Jeśli Warszawa nie chce wydać Patrycji polskiego paszportu, musi udowodnić dokumentami, że zrzeczenie się obywatelstwa polskiego przez jej matkę w 1992 roku było skuteczne prawnie.

Jeżeli Warszawa nie jest w stanie przedstawić kopii dokumentu z 1992 roku z podpisem Lecha Wałęsy (lub formalnie upoważnionej przez niego osoby), wyrażającego zgodę na zrzeczenie się obywatelstwa polskiego przez Ewę Wolny, matkę Patrycji, oraz archiwalnego dziennika podawczego Kancelarii Prezydenta, z którego jednoznacznie wynika, że Wałęsa rzeczywiście taki dokument wtedy podpisał, to utrata obywatelstwa jest nieudowodniona, a zasada dobrodziejstwa wątpliwości działa na korzyść Patrycji, która musi być w takim razie uważana za obywatelke polską.
 

Półpiśmienny establishment urzędowy Rzeczypospolitej już parę razy przejechał się w polskich sądach na przypadkach zbiorowego pozbawiania obywatelstwa polskiego (na mocy tajnych, nigdzie nie opublikowanych uchwał Rady Panstwa PRL) osób "wyjechanych" z PRL po 1968 roku oraz Ślązaków emigrujących z PRL do Niemiec. Sąd  Najwyższy i Naczelny Sąd Administracyjny orzekły, że aby utrata obywatelstwa polskiego była prawnie skuteczna, osoba tracąca obywatelstwo musi otrzymać pisemną, indywidualną, zaadresowaną do niej decyzję. W każdym innym wypadku, rzekoma utrata obywatelstwa polskiego jest nieskuteczna prawnie. Efekt wyroków SN i NSA jest taki, że, jeśli Warszawa chce opierać jakąkolwiek decyzję administracyjną (np. o odmowie wydania paszportu) na tym, że ktoś utracił obywatelstwo polskie, to musi być w stanie udowodnić, że je naprawdę utracił. 

W tej sprawie będzie w końcu musiał orzec sąd, a nie półpiśmienni urzędnicy. Patrycja Wolny powinna wynająć adwokata i zażądać paszportu polskiego. Jeżeli półpiśmienny establishment uważa, że Patrycja utraciła polskie obywatelstwo, to będzie miał możność udowodnienia tego przed sądem. Wątpliwości będą musiały być tłumaczone na korzyść Patrycji. Mam niedoparte wrażenie, że utraty obywatelstwa  polskiego Patrycji Wolny polski establishment urzędniczy prawdopodobnie nie jest w stanie udowodnić, i nie wie, co ma z tym fantem zrobić, więc na wszelki wypadek rozpaczliwie mataczy i ugania się za własnym ogonem, żeby się nie wydało, że nie wie. 

Jeżeli Patrycja miała paszport polski do 2002 roku, to znaczy, że paszport był wydany w 1992 roku. To jest kolejny punkt nie trzymający się kupy - konsulat załatwił zrzeczenie obywatelstwa polskiego, a jednocześnie wydano dziecku polski paszport ważny na 10 lat? 

Typowy scenariusz zrzekania się obywatelstwa polskiego przez Polaka  w Niemczech, to zrzeczenie się obywatelstwa polskiego w toku nabywania obywatelstwa niemieckiego, ponieważ prawo niemieckie czyniło (do niedawna)  rezygnację z innych obywatelstw warunkiem nabycia obywatelstwa niemieckiego. W 1992 r. było prawnie niemożliwe - i w 2007 r.  dalej jest prawnie niemożliwe - zrzeczenie się obywatelstwa polskiego bez posiadania innego obywatelstwa, albo co najmniej  pisemnej promesy jego przyznania. Ani wtedy nie można było, ani teraz nie można zrzec się obywatelstwa polskiego tak, by zostać bezpaństwowcem. 

Nie jest wykluczone, że Ewa Wolny, a z nią Patrycja jako jej małoletnia córka, zrzekły się formalnie obywatelstwa polskiego w 1992 roku, i otrzymały obywatelstwo niemieckie. Półpiśmienny establishment urzędniczy mógłby to bez trudu sprawdzić oficjalnie, poprzez skierowanie oficjalnego zapytania do ambasady niemieckiej w Warszawie. Jeśli Patrycja ma obywatelstwo niemieckie, czyli unijne, to może mieszkać i pracować w Polsce bez łaski establishmentu.

Nie jest wykluczone, że w atmosferze ogólnego bezhołowia w polskich konsulatach wydano Ewie i Patrycji Wolny polskie paszporty wcześniej, przed zrzeczeniem, a następnie
  zapomniano (przypadkowo lub nie) o konieczności unieważnienia tych paszportów po zrzeczeniu się przez ich posiadaczki obywatelstwa polskiego.

Nie jest wykluczone, że polskie paszporty wydano Ewie i Patrycji pomyłkowo, już po zrzeczeniu się obywatelstwa, bez sprawdzenia, czy mają do tych paszportów prawo. W 1992 roku, 10-letni paszport wypisywano ręcznie na miejscu, w konsulacie, wniosku nie wysyłano do Warszawy,
  tak jak ma to miejsce od 2003 roku. Jeśli do konsulatu RP przychodził w 1992 roku gość i kładł na stole stary paszport PRL, polską metrykę urodzenia, wypełniony wniosek paszportowy i trzy fotografie, to konsulat wypisywał mu na tej podstawie nowy 10-letni paszport RP, bo nie było fizycznej możliwości sprawdzenia w rozsądnym czasie, czy interesant się być może kiedyś w przeszłości zrzekł obywatelstwa polskiego  Komputeryzacja polskich rejestrów publicznych była w powijakach, więc konsulat w zasadzie nie miał innego wyjścia, jak wierzyć w to, co interesant napisał we wniosku paszportowym i zaświadczył wlasnoręcznym podpisem. 

W każdym razie, jedyną rzeczywistą kwestią sporną w sprawie Patrycji Wolny jest:  czy załatwiający tą sprawę półpiśmienny establishment urzędniczy cierpi na analfabetyzm pierwotny, czy wtórny? 

No i skąd się bierze ta zajadłość polskich urzędników, by koniecznie zapobiec, nie pozwolić, nie dać, zgnoić? Potem półpiśmienny establishment urzędowy okropnie się dziwi, że wykształcona młodzież głosuje nogami i emigruje, nie chcąc mieć z tak nieprofesjonalną administracją państwową nic do czynienia.

komentarze (7)

W Temacie Maci - wtemaciemaci.salon24.pl

wtorek, 27 marca 2007

DÉJA VU - Przemysławowi Edgarowi Gosiewskiemu poświęcam

Przeczytawszy dziś w Salonie24, że minister Gosiewski proponuje uzdrowić polską służbę zdrowia poprzez wzięcie lekarzy na finansową smycz, dla utrudnienia lekarzom korzystania ze swobody pobytu, osiedlenia i pracy w państwach członkowskich Unii Europejskiej, zagwarantowanej im prawem unijnym, zakrzyknąłem: EUREKA!

Toż przecie ja mam gotowiec dla ministra!


Opisany w gotowcu stan pochodzi co prawda sprzed lat równo trzydziestu, ale historia magistra vitae
, o czym Wiarus, jako historyk z wykształcenia, nigdy nie zapomina. Tekstem "Wojaże 1977" wygrałem w 2000 roku konkurs na wspomnienia Polonii, ogłoszony przez redakcję polonijnej witryny internetowej PAP "Polonia dla Polonii" http://polonia.pap.com.pl   Nagrodę stanowił album zdjęć Warszawy z okresu PRL. 


W konkursie PAP wystartowałem, bo w 2000 roku byłem pod mocnym wrażeniem szczególnej przychylności Polski dla Polonii. W debatowanym właśnie w Sejmie RP projekcie nowej ustawy o obywatelstwie polskim (druk sejmowy III kadencji nr 1408), Macierz przewidywała dla Polonii grzywnę za okazywanie Macierzy niepolskich paszportów. Wcześniejsza wersja tego projektu przewidywała także, w art.50, globalny pobór Polonii do wojska w kraju, bez względu na miejsce zamieszkania, miejsce urodzenia, znajomość języka polskiego,
  zagraniczne obywatelstwo poborowego oraz wysokość wydatków skarbu państwa na jego bilet do jednostki - np. z Honolulu do Zegrza albo z Tierra del Fuego do Orzysza.

Projekt przeszedł w Sejmie 29 czerwca 2000 roku, uchwalony stosunkiem głosów 304:2. Za wzięciem Polonii za mordę głosowali między innymi posłowie III kadencji Jarosław Kaczyński i Marian Krzaklewski. Na szczęście, ustawa utknęła w Senacie, a następnie została umiejętnie opóźniona
  przez ówczesnego Marszałka Sejmu, Macieja Płażyńskiego. Marszałek Płażyński tak długo odwlekał głosowanie Sejmu nad poprawkami senackimi, aż rząd Jerzego Buzka upadł, dzięki czemu wojna polsko-polonijna nie wybuchła.

Ujęty szczerym surrealizmem propozycji rządu AWS dla Polonii, poleciłem PAP-owi przekazać moją nagrodę współautorowi projektu ustawy, AWS-owskiemu wiceministrowi spraw wewnętrznych i administracji Piotrowi Stachańczykowi (drugim z autorów był AWS-owski wiceminister spraw zagranicznych, Radek Sikorski). Na stronie tytułowej kazałem dopisać dedykację: "Pierwszemu Surrealiście Rzeczpospolitej - Stary Wiarus".

PAP stanął okoniem. Redaktor serwisu polonijnego Czesław Dondziłło nabzdyczył się, i w pełnym oburzenia e-mailu, który mam do dzisiaj, ofuknął mnie, że PAP, jako instytucja państwowa, nie może wszak natrząsać się z władzy. Upoważniłem zatem do przekazania mojej nagrody ministrowi Stachańczykowi dziennikarza prywatnego serwisu sieciowego Wirtualna Polska, red. Wawrzyńca Patera, który nie poważał władzy w tym samym stopniu co red. Dondziłło. Redaktor Pater odebrał mój album od nabzdyczonego Dondziłły, dopisał dedykację, zaniósł nagrodę na Rakowiecką i ceremonialnie złożył ją w moim imieniu w sekretariacie ministra Stachańczyka. 

Otóż, w ponad sześć lat po tych wydarzeniach, ja upoważniam pana Piotra Stachańczyka, dziś prezesa Urzędu Repatriacji i Cudzoziemców (URIC) - do przekazania albumu, tytułu i płonącego kagańca Pierwszego Surrealisty Rzeczypospolitej panu ministrowi Przemysławowi Edgarowi Gosiewskiemu.

Pan prezes Stachańczyk nie jest pozbawiony własnych, bieżących zasług w podtrzymywaniu kagańca - jego URIC odpowiedzialny jest między innymi za utrudnianie obywatelom RP, jak tylko się da, korzystania z prawa obywatelskiego zagwarantowanego im w art 34 ust.2 Konstytucji RP (zrzeczenie się obywatelstwa polskiego na własny wniosek).  Ale, w porownaniu z głębią wizji pana ministra Gosiewskiego, pan prezes Stachańczyk to jest, z przeproszeniem, mały pikuś.

A teraz, zapowiedziany gotowiec dla pana ministra.

 

 

 Wojaże 1977

"Kto zapomina o swojej historii, przeżyje ją jeszcze raz"
George Santayana, 1905

Podróże kształcą W PRL kształciły nawet przed ich rozpoczęciem. Lekcję stosunków państwo-obywatel otrzymywało się w późnych latach siedemdziesiątych stojąc w sześciogodzinnej kolejce przed Biurem Paszportów Komendy Dzielnicowej Milicji Obywatelskiej, aby odebrać paszport, wydawany do niegodnej zaufania ręki warszawskiego studenta dopiero po złożeniu weksla gwarancyjnego na sumę 125 000 złotych.

Było to wówczas 5000 dolarów po czysto teoretycznym kursie oficjalnym (24 złote za dolara) albo 1000 dolarów po kursie rzeczywistym, u cinkciarzy pod Pewexem (120 złotych za dolara). Suma odpowiadała z grubsza półtorakrotnej cenie nowego małego Fiata 126p w tzw. zakupie z przedpłatą, gdzie płacić pełną cenę należało natychmiast, a odbierać samochód być może w dwa lata później, jak dobrze pójdzie. Weksel gwarancyjny miał gwarantować, że objęty ustawą o planowym zatrudnieniu student nie ucieknie za granicę.

Ustawa o planowym zatrudnieniu dawała państwu prawo skierowania absolwenta wyższej uczelni do pracy, gdzie się państwu podobało, zaś co do weksli, to istniał cały ich szczegółowy cennik, zależnie od kierunku studiów. 125 000 zł to była stawka dla studentów politechniki, dwa razy tyle dla Akademii Medycznej, poloniści byli najtańsi. Studentów ASP uznawano za bezwartościowych dla ekonomii politycznej socjalizmu i w ogóle nie wymagano od nich weksli, być może w cichej nadziei, że wszyscy uciekną.

4800 złotych miesięcznie (40 dolarów) było w Polsce lat 70-tych bardzo dobrym zarobkiem; młody inżynier zaczynał od 2400-2800 zł (20-24 dolarów) miesięcznie. Dla studenta politechniki,1000-dolarowy weksel była to zatem równowartość ponad trzech lat pracy po dyplomie. Dla jego rodziny i żyrantów, na których weksel spadał w razie odmowy powrotu do kraju, była to równowartość ponad dwuletnich poborów doświadczonego pracownika. Oczywiście za sam tylko 1000-dolarowy weksel (do którego trzeba było mieć dwóch wypłacalnych żyrantów, z czego jednego nie spokrewnionego oraz zamieszkałego pod innym adresem niż wyjeżdżający) paszportu jeszcze nie wydawano.

Należało najpierw osobiście złożyć podanie, odstawszy co najmniej dwie godziny w kolejce do okienka na Komendzie Dzielnicowej MO. Potrzebny był wypełniony, czterostronicowy, niezmiernie szczegółowy formularz (z mikroskopijnej wielkości rubryką "kontakty z zagranicą", bo porządny obywatel wszak nie powinien mieć takich kontaktów). Do tego znaczek opłaty paszportowej za 100 złotych, sprzedawany w niewielu miejscach w mieście i zupełnie inny od znaczka skarbowego, metryka, zaświadczenie z dziekanatu, zaświadczenie z WKU lub Studium Wojskowego na uczelni, zaświadczenie od Uczelnianego Pełnomocnika Ministra Pracy, Płac i Spraw Socjalnych Do Spraw Planowego Zatrudnienia (w skrócie UPMPPiSSd/sPZ) , zaproszenie za granicę poświadczone notarialnie, z nalepionym znaczkiem skarbowym, promesa wizy (o paszport prywatny było trudno bez promesy wizy, a o promesę wizy w zachodnich ambasadach jeszcze trudniej bez paszportu), zaświadczenie z banku o posiadaniu dewiz, oraz jeszcze inne różne pieczątki i zaświadczenia uboczne, wedle życzenia panienki z okienka, grzebiącej w tych papierach bez najmniejszego pośpiechu, a za to z najwyższym obrzydzeniem.

Potem czekało się przez czas nieokreślony (zwykle miesiąc, czasem dwa, a czasem do usranej śmierci) na decyzję. Decyzja w sprawie podania złożonego w kwietniu czasem przychodziła tuż przed czerwcowym początkiem wakacji, czasem nie przychodziła aż do października, kiedy wyjazd dawno już diabli wzięli, w rzadkich wypadkach można ją było dostać pod choinkę następnego roku. Decyzję przysyłano do domu w niechlujnej niebieskiej kopercie dwunastego gatunku. W środku był druczek, w którym bez przebierania w słowach stało: tak albo nie. Pod tym był podany stosowny paragraf ustawy paszportowej. W razie odmowy, Biuro Paszportów nieodmiennie powoływało się na artykuł ustawy mówiący, że wydania paszportu odmówić można, gdy w grę wchodzą "inne ważne względy społeczne". To, oczywiście, wyjaśniało wszystko: nie, bo nie.

Jeżeli paszportu nie dali, to teoretycznie rzecz biorąc można się było od odmowy odwoływać. Najpierw do warszawskiego Biura Paszportów MSW, w ponurym budynku na ul. Koszykowej, gdzie kiedyś mieściła się część UB. W ogromnym szybie głównej klatki schodowej rozpięta była tam metalowa siatka, przed 1956 rokiem zapobiegająca samobójczym skokom prowadzonych na przesłuchanie; ogromnie pomagało to na nastrój przed rozmową z urzędnikiem. W razie niepowodzenia, można ewentualnie było składać odwołanie na piśmie do samej centrali MSW na ulicy Rakowieckiej. Ale odwołanie to była najczęściej strata czasu i znaczka opłaty paszportowej za 20 złotych, rzadkiego jak czarna perła i trudnego do kupienia. Nie po to odmawiano paszportów, żeby je potem z odwołania przyznawać.

Jak się już miało pozytywna decyzje z paszportówki, można było iść do kolejki do załatwiania weksla gwarancyjnego w Stołecznym Urzędzie Zatrudnienia przy ulicy Karowej. Dwóch żyrantów musiało się zwolnić na pół dnia z pracy, aby osobiście złożyć podpisy na odpowiednim świstku. Żyranci musieli odstać w jeszcze innej kolejce, do działu kadr u siebie w pracy, aby uzyskać zaświadczenia o zatrudnieniu i wysokości zarobków, po to, by nikt chyłkiem nie podstawił niewypłacalnych żyrantów.

Mając w ręku decyzję paszportówki i gotowy weksel, można już się było zapisać do potężnej kolejki stojącej po odbiór paszportów. Należało w tym celu wstać wcześnie. Jeśli się miało trochę szczęścia, można się było zmieścić w pierwszych trzech setkach. Jeśli się przyszło za późno, to nie było sensu stawać w kolejce, bo nie było szans przyjęcia na policyjnych pokojach przed godzina szesnastą, kiedy to, z dokładnością do pół sekundy, urząd zamykano. Aktywiści, wyłonieni przez kolejkę w drodze trójprzymiotnikowych, wolnych, demokratycznych i bezpośrednich wyborów, sporządzali tzw. listę społeczną, którą następnie odczytywano na głos co godzina, żeby nikt nie oszukiwał przez zajęcie miejsca i pójście sobie precz, do pracy na przykład. Należało stać twardo i nie wymykać się do roboty, czy na zajęcia. Wolno było oddalić się do ustępu, ale nie za często i nie na długo. Wyjście z kolejki na obiad było możliwe tylko, jeśli ktoś mieszkał niedaleko, pozostałe osoby powinny przynieść własną wałówkę i wodę mineralną "Mazowszanka". Osoby nieobecne przy dwóch odczytaniach listy były z kolejki wykopywane przy ogólnej aklamacji. Robienie sobie kpin z listy i mężów zaufania groziło zlinczowaniem przez kipiący bezsilną wściekłością tłum.

Stanąwszy w kolejce o wpół do szóstej rano, około południa docierało się wreszcie przed oblicze nieodmiennie ponurego gliniarza w cywilu, który przylepiał w paszporcie podatek od podroży zagranicznych, czyli dostarczone przez petenta znaczki paszportowe za 2000 złotych - trzy tygodnie zarobków młodego inżyniera - i zabierał do depozytu weksel gwarancyjny oraz książeczkę wojskową, aby nikt tego tajnego dokumentu nie wywiózł za granicę. Potem, z wyraźnym żalem i ociąganiem, dawał paszport do ręki, odbierał dowód osobisty, i pouczał o obowiązku złożenia paszportu z powrotem w Komendzie w ciągu siedmiu dni po powrocie z zagranicy, żeby za następnym wyjazdem można było wszystko zaczynać od nowa. Potem paszportowy gliniarz, który sam naturalnie nigdy w życiu nie był za granicą, smutniał jeszcze bardziej, patrzył na petenta jak na pluskwę, zbierał się w sobie, przełykał ślinę, chrząkał, poprawiał się na krześle i wreszcie z trudem wyduszał z siebie: "Życzę szczęśliwej podróży". Wiedzieliśmy wtedy, ze jesteśmy już po drugiej stronie szlabanu, w Europie. I już można było, jak wolny ptak, lecieć w świat, nie zaniedbawszy jednak przedtem odebrać w dziekanacie kartek na cukier za czas planowanej nieobecności.

Stary Wiarus, Australia

komentarze (2)

W Temacie Maci - wtemaciemaci.salon24.pl