czwartek, 31 stycznia 2008

Celnicy

Jak już celnicy wystrajkują co zechcą, w tym zwłaszcza usunięcie z ustawy artykułu pozwalającego na zwolnienie z pracy celnika formalnie oskarżonego o korupcję, to niewątpliwie przyjdzie zaraz kolej na innych polskich mundurowych, od Straży Granicznej do strażników więziennych. A w dalszej perspektywie, na każdego posiadacza czapki z daszkiem - od listonoszy, poprzez straż miejską, do kanarów tramwajowych od łapania pasażerów na gapę.

Straż Graniczna ma od czasu wejścia Polski do strefy Schengen o około 8000 funkcjonariuszy za dużo w stosunku do rzeczywistych potrzeb, więc zapewne będzie już niebawem strajkować, domagając się oficjalnego zaniechania przez zwierzchność jakiejkolwiek intencji redukcji, oraz dożywotniego zagwarantowania przez państwo wszystkim funkcjonariuszom SG ciekawej, lekkiej i dobrze płatnej pracy. Na przykład w formie legitymowania na drodze z Leżajska do Wąchocka każdego podróżnego, który w opinii Straży wygląda na obcego, przy czym definicji obcego ustawa zawierać nie będzie. Albo w formie jazdy na nartach w Sudetach, pod pozorem ochrony przed tzw. przestępcami granicznymi granicy z Republiką Czeską - nic nie szkodzi, że wewnątrzunijnej. Albo w postaci opalania się na Rysach. A jak nie, to Straż Graniczna ogłosi, że Warszawa jest dla reszty kraju zagraniczna, ustawi się na rogatkach i dworcach, i będzie każdemu podróżnemu robić drobiazgową odprawę wjazdową i wyjazdową; nic nie szkodzi, że bez sensu.

Jeśli idzie o pewność i stałość zatrudnienia, służbom mundurowym żyje się w Polsce luksusowo. Nazbyt luksusowo. Nie tylko z tego powodu, że raz stworzony etat w służbach jest w zasadzie nie do zlikwidowania. Również dlatego, że nikt w nich nie wie, że policja i celnicy większości krajów Zachodu mają rutynowo wpisane do umowy o pracę wyłączenie prawa do strajku.

Standardowym aspektem zatrudnienia w służbach mundurowych krajów anglosaskich jest także możłiwość zwolnienia z pracy w każdej chwili każdego funkcjonariusza, bez względu na wiek, staż pracy i zasługi - bez żadnych formalnych oskarżeń o cokolwiek, z jednozdaniowym uzasadnieniem, że zwolniony utracił zaufanie szefa swojej służby, bez którego nie może pełnić obowiazków służbowych.

Wychodzi się bowiem z założenia, że ani policjanci, ani celnicy nie pochodzą z poboru, a więc nikt celnikiem być nie musi, ani nikt nie ma od Boga mu z góry danego prawa do takiego zatrudnienia.

Celnik lub policjant, zwolniony bez wypowiedzenia na podstawie klauzuli o "utracie zaufania" (loss of confidence), ma naturalnie pełne prawo odwolać się do sądów pracy lub sądów powszechnych i udowodnić przed niezawisłym sędzią, że przełożeni utracili do niego zaufanie niesłusznie. Zostanie wówczas przyjęty z powrotem i otrzyma stosowne wyrównanie utraconej płacy.

Nie zauważyłem, aby na skutek stosowania od wielu dziesiecioleci takiego przepisu nastąpiło załamanie porządku publicznego w krajach, gdzie ten przepis mają.

W związku z tym, co stoi na przeszkodzie, by odprawy na polskich granicach zewnętrznych UE czasowo przejął unijny Frontex, który w porozumieniu z unijnymi służbami celnymi, urzędem antykorupcyjnym OLAF w Brukseli, oraz ze służbami granicznymi, powiedzmy, Finlandii, Grecji i Portugalii, tymczasowo obsadzi polskie granice zewnętrzne Unii fińsko-grecko-portugalskim personelem? Likwidując tym samym ze środy na piątek cały układ i całą grozę wzajemnych stosunków pomiędzy polskimi celnikami a postsowieckimi przemytnikami?

Polską służbę celną natomiast rozwiązano by wtedy ze skutkiem natychmiastowym ("sztandar wyprowadzić"), i zaraz zawiązano z powrotem, ogłaszając nabór pracowników na wszystkie stanowiska. Nowi pracownicy nowej służby celnej RP mogliby, ale nie musieli, być byłymi pracownikami slużby świeżo rozwiązanej. Inymi słowy, gdyby każdy polski celnik został postawiony w obliczu sytuacji, że jego posada znikła, a o nową ma się ubiegać od nowa (sytuacja pospolita w urzędach Zachodu) strajk celników upadłby w pół dnia.

środa, 30 stycznia 2008

Komentator ruchów antypaństwowych

Piotr Gabryel (Komentator), płacze w "Rzepie"

Czy Tusk przypomni o kamaszach Dorna?

Czy Tusk przypomni o kamaszach Dorna?

Miał rację wicepremier Ludwik Dorn, gdy 30 grudnia 2005 roku zagroził protestującym lekarzom “wzięciem ich w kamasze”, czyli posłaniem do wojska tych medyków, którzy po Nowym Roku odmówią otwarcia gabinetów. Wicepremier próbował w pojedynkę przeciwdziałać epidemii, która wtedy była we wstępnym stadium, a teraz ogarnęła cały nasz kraj.

Jak pamiętamy, w proteście przeciw słowom Dorna podniosły się głosy świętego oburzenia ze strony polityków opozycji i sporej części publicystów. A potem ci sami politycy i publicyści przez niemal dwa lata pielęgnowali i wspierali każdy, nawet najdrobniejszy, ruch sprzeciwu wobec próbującego (czasami nieudolnie) budować silne państwo gabinetu PiS.

Ubocznym skutkiem bezwzględnego kontestowania rządu PiS okazało się kontestowanie instytucji państwa polskiego. Część elit w istocie sekundowała wówczas narodzinom pełzającego buntu społecznego, mającego wiele cech ruchu antypaństwowego, który teraz objawia się nam w całej okazałości.

======

Skomentowałem następująco, i kopiuję tutaj dla uprzedzenia ew. wycięcia w Rzepie:

Stary Wiarus Napisał: Twój komentarz trafił na biurko redaktora.
30 styczeń 2008 o 10:42


“Ruchu antypaństwowego”, powiadacie? Świetnie. Może wreszczie zaświta waaadzy państwowej, że oprócz centralistycznego etatyzmu autorytarnego są jeszcze inne modele państwa. Że są państwa z dwukrotnie mniejszą liczba urzędników na głowę, a za to ponad trzykrotnie większym dochodem narodowym niż Polska. Że można się obyć bez systemu meldunkowego. Że państwo nie musi wiedzieć w kaźdej chwili wszystkiego o wszystkich. Źe brak logicznego powodu do bezustannego trzymania państwowego kciuka w każdej prywatnej zupie. Że państwo ma przede wszystkim NIE PRZESZKADZAĆ przedsiębiorczości obywateli.

Że co, że takiego przyjaznego państwa w Polsce nigdy nie będzie, bo politycy nie znają takich możliwości, a czego nie znają, tego się boją i nienawidzą? Nie szkodzi, są miejsca w świecie, gdzie już jest. Obywatele wyjadą tam, gdzie jest.

Po 5 latach legalnego pobytu w Wielkiej Brytanii obywatelstwo brytyjskie uzyskuje się prawie automatycznie, na życzenie. Bo brutalna stolica Imperium Brytyjskiego jest, tak się składa, daleko przyjaźniejsza swoim obywatelom niż Warszawa.

A póki co, załóżcie w Polsce tuwimowski Państwowy Urząd Rejestracji Snów, i każcie obywatelom śnić o potędze.

poniedziałek, 21 stycznia 2008

Tarcza: 17 lat temu, 15 megaton wam nie przeszkadzało




Magazyny amunicji jądrowej w Templewie k/Sulęcina, nad jeziorem Buszno, jeden z trzech takich obiektow (Templewo, Brzeźnica-Kolonia, Podborsk) wybudowanych na koszt PRL w latach 1967-1970.


Na zdjęciu podziemna hala elaboracji głowic jądrowych na środki przenoszenia. Głowice o mocy od 10 do 500 kiloton przechowywane były w bocznych nawach tej hali (portal po prawej stronie, pomalowany w czarno-żółtą jodełkę). W głównym pomieszczeniu głowice były wyjmowane z aluminiowych pojemnikow magazynowych, testowano elektronikę i jej baterie zasilające, wyłączano niektóre zabezpieczenia i przygotowywano głowice do zamontowania na pociskach rakietowych na ruchomych wyrzutniach, czekających na swoją kolej na powierzchni, w zamaskowanych ziemią tunelowych garażach. Rampa załadowcza, na której specjalne dźwigi zakładały głowicę na pocisk rakietowy, ma cztery podjazdy dla ruchomych wyrzutni. Wrota do głównego bunkra z halą elaboracji wojsko zaspawało i przysypało ziemią jesienią 2005 roku, w nadziei, że istnienie obiektu pójdzie w zapomnienie.

W 1990 roku, posiadanie na terytorium polskim obcej broni jądrowej o łącznej mocy ponad 15 megaton, czyli nuklearnego rownoważnika ca. 400kg trotylu na głowę każdego mieszkańca Polski, od niemowląt do starców, jakoś wam całkiem nie przeszkadzało? Nie przypominam sobie protestów w ówczesnych wolnych mediach.

Istnienie tego obiektu na terytorium polskim i przechowywanie w nim radzieckiej broni jądrowej naruszało uroczyście podpisaną i ratyfikowaną w 1969 roku przez PRL konwencję o nieproliferacji broni jądrowej (NNPT). Według odtajnionej przez MON teczki "Wisła", w trzech obiektach przechowywano jeszcze w 1990 roku 169 ładunków jądrowych o łącznej mocy ponad 15 megaton, tj. pięciokrotnie wiekszej niż całość amunicji i materiałów wybuchowych zużytych podczas II wojny światowej. W obiekcie Buszno mieliście przez wiele lat między innymi dwie głowice strategiczne o mocy 500kT każda, czyli dwa razy 25-krotna Hiroszima, każda z nich więcej niż wystarczająca do do starcia z powierzchni ziemi metropolii wielkości Londynu.

Dziś śmiertelnie boicie się podrażnić Rosję zgodą na instalację dziesięciu konwencjonalnie uzbrojonych antyrakiet amerykanskich, więc udajecie, że wierzycie w bzdury, jakoby umieszczenie w Polsce dziesięciu rakiet stanowiło zagrożenie dla Rosji, posiadającej około 20 tysięcy ładunkow jądrowych w stanie gotowym do użycia, oraz gigantyczne zapasy materiałów rozszczepialnych wymontowanych z przestarzałej broni jądrowej.

Siedemnaście lat temu, już za wolnej i suwerennej RP, mieliście głęboko gdzieś kogo drażnicie, przechowując na polskim terytorium rosyjskie ładunki jądrowe w ilości wystarczającej do obrócenia Europy w pustynię. Równie głęboko gdzieś mieliście gwałcenie przez Polskę fundamentalnych umów miedzynarodowych w tej sprawie, bo zamiast ujawnić na forum ONZ już w latach 1989-90 obecność w Polsce obcej broni atomowej, domagać się jej natychmiastowego wycofania i odszkodowań za jej stacjonowanie, siedzieliście cicho aż do 2006 roku. Nie przeszkadzało wam też jakoś zupełnie, że te trzy polskie magazyny rosyjskiej broni stanowiły silą rzeczy cel strategiczny zachodnich rakiet, bo ich położenie było znane NATO - tak za sprawą płk Kuklińskiego, jak i z powodu technicznej niemożliwości ukrycia płytkich obiektów podziemnych przed wielospektralnym rozpoznaniem z orbity.

Nie bredźcie, że was "Ruscy zmusili". Tekst porozumienia w sprawie budowy tych składów, odtajniony w teczce "Wisła", wskazuje na entuzjastyczną akceptację rosyjskiej propozycji przez Polskę. Za sprawę komunizmu i za miejsce przy moskiewskim stole bankietowym dla zruszczonych janczarów w rodzaju Jaruzelskiego, byliście wtedy gotowi przełknąć bez słowa ewentualność wielomegatonowej zagłady całej północno-zachodniej Polski w pierwszych minutach ewentualnej wojny.

Trochę się wam od tego czasu skurczyły cojones, nie? Mam pewną hipotezę. Ja wiem, czego się śmiertelnie boicie, od czego się wam te cojones naprawdę kurczą w dobrzez znanym medycynie odruchu. Nie atomowych ciosów rosyjskich pocisków Topol-M, nie kolumn czołgów T-90 na przedpolach Warszawy, i nie bombowców Tu-160 znienacka pojawiających się na polskich radarach. Boicie się prozaicznych rolek mikrofilmu.

Boicie się znajdującej się w Moskwie pełnej kopii tych archiwów, po których w Polsce albo wiatr popioły rozwiał, albo do niedawna naiwnie myśleliście, że rozwiał. Boicie, się, bo prawie każdy z was dobrze wie co zrobił, co podpisał, z kim rozmawiał, co obiecał i o czym zapomniał w sądzie lustracyjnym. Boicie się, bo dobrze wiecie, że kiedy jowialny dyplomata rosyjski was zaprosi na przyjacielską wódkę i 'biesiedu' czyli nie bankiet bynajmniej, tylko pogawędkę, to nie macie innego wyjścia, jak tylko punktualnie przyjść gdzie każą, trzeźwi i czysto ogoleni, biorąc przedtem prysznic, pamiętając o dezodorancie i starannym wyczyszczeniu butów, założywszy najlepszy jaki macie garnitur, koszulę i krawat, aby zrobić jak najlepsze wrażenie.


Więc przestańcie bredzić, chłopaki - że wredni jankesi nie dość płacą, nie chcą otworzyć swoich tajemnic i dać swoich najnowocześniejszych rakiet, nie chcą znieść wiz w celu otwarcia rynku pracy na czarno. Że mięso, że owoce, że gaz, że handel, że przyjazne stosunki ze słowiańskimi braćmi, a w sumie to wspólnym wysiłkiem władzy i społeczeństwa pozbyliśmy się amerykańskiego bezeceństwa, i tarczy nie będzie.

Zachowajcie się raz dla odmiany jak mężczyźni, i powiedzcie prosto i zgodnie z prawdą, że Rosjanie mają was w ręku, a was obezwladnia strach, co nie pozwala wam przeciwstawić się Rosjanom. Zwłaszcza, że o powstaniach narodowych tyle wiecie, coście dawno temu słyszeli w szkole, a i to według PRL-owskich podręczników.